Wywiad z Agnieszką Czachor

 

Agnieszka Czachor

1. Od czego zaczęła się Pani przygoda z pisaniem?
Od nauki pisania. Bardzo szybko nauczyłam się liter. To znaczy – tato mnie nauczył. Miałam chyba cztery lata, kiedy tato miał urlop i robił remont w domu, a ja mu przeszkadzałam, więc chciał mi znaleźć zajęcie. Zaczął zadawać mi literki do pisania. Niestety bardzo szybko alfabet się skończył, a remont nie i problem z dokuczliwym maluchem powrócił. Wtedy przerzuciliśmy się na cyfry, ale niestety nie poszło mi z nimi już tak dobrze. Nim poszłam do pierwszej klasy, napisałam bajkę o pluszowym misiu, któremu urwało się ucho. Tekst traktował o tym, co też ten biedny misiu przeżywał, widząc swoje ucho na podłodze.
2. Czym się Pani interesuje?
Jazdą konną, szkoleniem koni, hodowlą koni, pisarstwem, fotografią, literaturą, księgarstwem, historią, zmianami zachodzącymi w społeczeństwie, człowiekiem jako istotą rozumną – wspaniałą, ale i zdolną do zła.
3. Co kocha Pani robić, a czego nienawidzi?
Uwielbiam czytać, wymyślać opowieści, fotografować, rysować z moimi maluchami, jeździć konno w towarzystwie mojego męża, śmiać się i gotować. Nie znoszę sprzątać i być do czegokolwiek przymuszana. Nienawidzę presji, jaką jedni ludzie wytwarzają w stosunku do innych. Nie cierpię, kiedy ktoś stara się mną manipulować, sądząc, że ja tego nie widzę.
4. Dlaczego podjęła się Pani pisania?
Trudno jest mi tak poważnie powiedzieć, że się „podjęłam pisania”. Robiłam to od malucha i nie było momentu, w którym postanowiłam pisać. Po prostu to robiłam, tak samo jak biegałam, piłam mleko i grałam w klasy. Pisanie było czymś tak naturalnym, że myślałam, że wszystkie dzieci to robią.
5. Posiada Pani jakieś inspiracje, którymi może się Pani z nami podzielić?
Inspirują mnie ludzie i miejsca, które najczęściej przypadkiem odwiedzam. Mam fotograficzną pamięć – nie tyle do twarzy, co do reakcji ludzi na daną sytuację, że ktoś tak zareagował na jakieś słowo, a inny nic nie powiedział, ale zamknął się w sobie, odsunął się od osób, które siedziały z nim przy stoliku. Rozmowy z ludźmi, ich historie, wpływają na moją wyobraźnię, a także zwiedzanie zamków, starych cmentarzy, skansenów, kościołów,  miejsc, w których żyli ludzie i już ich nie ma. Uwielbiam zadawać sobie pytanie jacy byli, czym się cieszyli i w jaki sposób upłynęło im życie. Stare fotografie. Fotografie osób, które już nie żyją, ale zostały na przykład zrobione tuż przed pierwszą wojną, albo drugą, albo przed innym kataklizmem. My wiemy, co się zdarzyło potem. Wiemy również, że te piękne twarze z fotografii musiały się zmierzyć z czymś potwornym. To sprawia, że zastanawiam się, co ich spotkało, jak sobie radzili, z czym mieli problem. Bardzo lubię pisać opowieści osadzone w dawnych czasach, bo przenoszę się  do tamtej epoki i jest to dla mnie przygoda taka sama, jak dla mojego bohatera. Całkowicie nie ciągnie mnie do współczesności. Co prawda, zdarzają mi się opowiadania nawiązujące do współczesnych czasów, ale jest to grymas weny. Jak już się tak bardzo uprze, to jej posłucham i napiszę, ale wolę uciekać w czasy historyczne, bo mnie czarują swoją ciszą. Na przykład opowiadanie „Tajemnica latarni” powstało tylko dlatego, że obejrzałam filmik o tym, jak wygląda sztorm na pełnym morzu, na którym stoi latarnia. Do dzisiaj przechodzą po mnie ciarki na samo wspomnienie. Fale dosłownie zalewały tę wierzę, uderzały o nią i robiły coś jeszcze…Morze podczas sztormu w swój specyficzny sposób gra, a ta kocia  muzyka ma potężny wpływ na psychikę człowieka. Potem wysłuchałam nagrania samego dźwięku sztormu, od którego można osiwieć i wyobraziłam sobie latarnika. Człowieka pozostawionego w kapsule, samotnego, bez komórki i telewizora, człowieka pozostawionego na pastwę żywiołu, człowieka udręczonego przez życie i ludzi, co taki człowiek mógł zrobić? Czy na pewno zwariował? A może sztorm dał mu szansę na ucieczkę, może był silniejszy niż na pierwszy rzut oka wyglądał, a może faktycznie oszalał. To są pytania, na które żeby odpowiedzieć, trzeba by napisać kolejne opowiadania, albo powieść.
6. W Pani książkach występuje wiele koni. Czy jest tego powód?
Konie są moją pierwszą i najwcześniejszą miłością. Urodziłam się z nią, nie pamiętam momentu, kiedy się pojawiła. Razem z mężem mamy swoje konie już od dziesięciu lat.
7. Czy opowieści łączą się jakoś z tytułami całych zbiorów?
Tak. Zbiór „Ciśnij piorunem nawet w śmierć” zawierał opowieści mówiące o sile człowieka, o tym, że nawet najsłabszy, wyrzucony poza nawias społeczeństwa człowiek potrafi tupnąć nogą, może tylko raz w życiu, ale jest w stanie tego dokonać. A to tupnięcie wystarczy, żeby zmienić jego los i losy innych ludzi. W „Świerszczach” wspólnym mianownikiem jest sam tytuł. Świerszcze wybielone na kość to ludzie zmienieni przez warunki zewnętrzne. To osoby poprzycinane, pokurczone, pogięte tak, żeby pasowały do mody, to wybielone postaci niczym tkaniny, które nawet w swoim pierwotnym stanie nigdy nie były tak białe, jakie się stają po kąpieli w silnym, chemicznym wybielaczu, który dodaje im wspaniałego koloru, ale powoduje także, że stają się słabe, szybko się drą, są niewytrzymałe na urazy.
8. W jaki sposób opowiadania łączą się ze sobą?
Opowiadania ze „Świerszczy” łączy tylko tytuł. Powstawały one w różnym czasie i zostały wybrane z pośród innych, bo pasują do tego, co sobie wymyśliłam. „Świerszcze wybielone na kość” to zniekształcone, zmienione i zwyrodniałe przez warunki zewnętrzne istoty, które w swojej pierwotnej postaci były stworzeniami pięknymi i dobrymi. Bo świerszcze to letni wieczór, buzujący w kominku ogień, ciepły dom, miłość, ale wybielone to już niepokój, strach, neurotyzm. Wybielić to znaczy użyć chemii, na siłę zmienić naturalny kolor, wbrew wszystkiemu wywrzeć tak wielką presję, że ktoś się łamie. Na kość można zmarznąć lub zamarznąć. Czasem musimy zamarznąć wewnątrz siebie, żeby znieść sytuacje i zdarzenie, które funduje nam los.
9. Czy w tych czasach wydawanie zbiorów opowiadań jest opłacalne?
Wydawcy opowiadań nie lubią. Wydaje się zbiory z krótkimi formami, głównie pisarzy znanych i jest to robione najczęściej w celu podsumowania ich twórczości. Czytelnicy także wolą powieści. Ja za to lubię opowiadania nie tylko pisać, ale i czytać. Nim kupię grube tomisko nieznanego mi pisarza, sięgam po jego opowiadania, dzięki którym dowiem się, czy wytrwam z tym pisarzem dwieście stron. Według mnie opowiadanie jest doskonałym testem dla autora, czytelnik szybko może się zorientować, czy styl autora i jego narracja czytelnikowi spodobają się, czy nie.
10. Czy pisanie książek było dla Pani trudnym procesem?
Samo pisanie jest wspaniałe. Poprawianie jest trudne i nudne, a i tak zwykle przeoczy się mnóstwo błędów, gaf i niezgrabności językowych, nie wspominając o literówkach.
11. Co Pani poczuła, wiedząc że książki są już kompletne?
To jest taka radość – mówię o momencie, gdy trzymałam książkę już opublikowaną – jak po zdaniu matury i dostaniu się na studia.
12. Jakie przeszkody i motywacje znalazły się na Pani drodze w pisaniu?
Motywacją jest jakiś taki wewnętrzny przymus pisania, który ma nade mną większą władzę, niż ja nad nim. Rzecz jasna są zdarzenia tragiczne w życiu, które mogą sprawić, że słowa i pomysły z głowy znikają, ale po pewnym czasie wracają i znowu mną rządzą. Samo ukończenie książki daje autorowi taką satysfakcję, że można się uzależnić od tego uczucia i chce się je powielać i powielać. Jest to jednak satysfakcja czysto osobista i nie związana jeszcze z innymi profitami, które książka może przynieść, dlatego ta satysfakcja jest czysta i bezinteresowna. Samo stworzenie czegoś daje człowiekowi potężnego kopa i nagle ma się ochotę ściskać sąsiada, śmiać się do pasażerów w tramwaju, kochać ludzi. Zapomina się o przykrościach i krnąbrnym charakterze homo sapiens. Świat jest piękny, słońce złote, a na polach ciągle trwa wiosna, jak w piosence A. Osieckiej o pomarańczach.
13. Jest Pani zadowolone ze swoich dzieł?
Nigdy nie jestem do końca zadowolona, bo zwykle coś by się dało jeszcze zmienić, doszlifować, przekształcić, lepiej obmyśleć. Jestem względem siebie bardzo krytyczna i wymagająca. Chciałabym, żeby książka była perfekcyjna, ale i tak zwykle gdzieś wkradnie się błąd. Przeżywam go potem, jak przysłowiowa stonka wykopki. Jednak te błędy uczą mnie dystansu do siebie i pisania, bo co zrobisz, skoro już tekst poszedł do druku, ba! skoro już jest wydrukowany. Zdarzyło mi się kiedyś napisać opowiadanie, które działo się w latach siedemdziesiątych, a moja główna bohaterka nonszalancko sięgnęła do kieszeni po komórkę. Nie dość, że sięgnęła, to jeszcze przez nią rozmawiała. Taki skok w czasie. Nikt w redakcji na to nie zwrócił uwagi, ale czytelnicy już tak. Mogłam tłuc głową w mur, ale zamiast tego śmiałam się i śmieję do dzisiaj. Zdarzają się głupie błędy i czasem, choćby człowiek stanął na głowie i zaklaskał uszami i tak się ich nie ustrzeże. Dlatego staram się nie spinać do bólu mięśni.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.